N. w Poznaniu cz. 1

Oj, naczekałeś się Poznaniu na nas, naczekałeś. Co najmniej dwa lata… Ale kto by to liczył? Przecież nie Ty, Poznaniu! Najważniejsze, że w końcu dostąpiłeś zaszczytu przyjęcia nas. Bo wiesz, niektórzy twierdzą, że łatwiej umówić się na audiencję u papieża niż na spotkanie z nami, więc te dwa lata, to w sumie pikuś 🙂

Ad rem, ad rem. Gdzie my nie byliśmy i czego nie widzieliśmy! A z ilu atrakcji korzystaliśmy…

…siadajcie wygodnie i czytajcie…

Sobota

O ile wujowi D. wierzyć, to w Poznaniu co i rusz organizowane są darmowe atrakcje zarówno dla tych małych, jak i tych większych. My mu wierzymy, bo sami byliśmy tego świadkiem.

Malta.

Pod centrum handlowym rozstawiło się, nazwijmy to, miasteczko poszukiwaczy złota. Oprócz wypłukiwania złota, dzieciaczki mogły poskakać w nadmuchiwanym zamku czy wyżyć się plastycznie. N. i się wyskakała i swój talent plastyczny Poznaniakom pokazała. wpr_poznan1

Bardzo, bardzo, oj bardzo podobały nam się takie zajęcia grupowe. Malta jednak nas wzywała, więc po pierwszych ochach i achach w miasteczku poszukiwaczy złota, wyruszyliśmy oglądać i korzystać z dalszych atrakcji.

Najpierw  było bieganie! Szerokie alejki i dwulatka, to musiało się tak skończyć. 3, 2, 1 start… poszła! Jogging brzegiem jeziora, czego chcieć więcej?

Zawsze można chcieć więcej i to właśnie tego więcej N. chciała.

Place zabaw.

Dużo ich tam. A nie dość, że dużo, to jeszcze fajne. A skoro i są, i są fajne, to N. musiała z nich skorzystać. Naj okazała się dłuuuuuga zjeżdżalnia, taka z delikatnymi zakrętami. Gdyby nie fakt, że Polak potrafi, zjeżdżalnia zapewne byłaby w sam raz na raz. Bo wiecie, gorąco było, dzieciaczki nóżki miały bardziej rozebrane niż ubrane, więc zjazd okazał się nie byle jakim osiągnięciem. Ale jak mówiłam, Polak potrafi! Pewien tata posadził swojego syna na kurtce i… jazda! Fiu, fiu, cóż to był za zjazd! Ja, kurtki nie miałam, ale sweter stanowił idealny zamiennik. Poślizg gwarantowany!

wpr_poznan2

A później był przejazd ciuchcią – w zamyśle – tą krążącą wokół Jeziora Maltańskiego, w praktyce – znacznie mniejszą… A to wszystko przez pogodę, która zmieniała się na przemian ze słonecznej w deszczową. N. przyjęła do wiadomości, że na bezrybiu i rak ryba, i nie znając lepszego, cieszyła się z tego, co miała.

wpr_poznan3

Chwilę później, N. z tatą, zjechała takim torem saneczkowym:

wpr_poznan4

Gdy dotarliśmy do wyżej pokazanej atrakcji, tata rzucił, tak niby na wiatr, że może byśmy zjechali… A że ja powiedziałam, że niekoniecznie, to spytał się o to samo N. Nawiasem mówiąc, N. nie mogła wzroku oderwać od tych „autek” (jako, że nie wiedziałam, jak te zjeżdżające cudaki nazwać, tak o nich mówiłam).

– N., chcesz z tatą przejechać się takimi autkami? – spytał tata

– Tak!… i już maszeruje do wejścia.

Cóż było robić? Kupiłam im bilety (oczywiście kasa nie poszła z mojego portfela! chce jechać, niech płaci!). Jakieś buziaczki, pa, pa – gdzie tam… już są w autku, już jadą pod górę… A ja, biedny żuczek, w stresie, nerwach o moje dziecię, stoję na dole i z przerażeniem patrzę na to wszystko! 🙂 A gdy już dojeżdżali, to mogłam zobaczyć ich rozpromienione buzie i tę radość, która z nich wręcz tryskała! …moje dzieci :)…

A gdy N. wysiadła z pojazdu, to wiecie, co powiedziała!?!

– Fajnie! Jeście raz!

Jeszcze raz był, ale już na czym innym i tym razem, to ja zostałam oddelegowana do zjazdu. Oczywiście nie obyło się bez zapierania rękami i nogami… O! Na takim pontonie mnie i N. kazali zjeżdżać po igelicie.wpr_poznan5

W sumie… super było! Śmiałam się całą drogę w górę jak i w dół, co N. opacznie zrozumiała, a właściwie usłyszała, a w zasadzie, to najpierw usłyszała a później źle zinterpretowała, i stwierdziła: „mama płacie!” i sama uderzyła w odpowiednie tony.

…oj już bardzo zmęczona była, ale o spaniu nie śmieliśmy wspominać, bo jaśnie szanowna N. delikatnie mówiąc mogłaby uznać ten pomysł za dość bezsensowny ;)…

Idąc dalej, na budkę z lodami natrafiliśmy i  zgodnie stwierdziliśmy, że lodów chcemy! I dobrze stwierdziliśmy! Bo gdy tak siedzieliśmy pod parasolami, delektując się, to nagle, jak nie lunęło! Jak z cebra! I lało i lało, i lało…

I nagle matce przypomniało się, że N. to właściwie obiadu nie jadła, więc pewnie głodna jest, i tatę na polowanie wysłałam i tata frytki upolował (niczego innego, co słodkim nie było, nie było).

I N. je te frytki: jedną, drugą, trzecią i jeszcze palcem w ketchup i tymże palcem do buzi, i czwartą frytkę i ruchy już jakieś nie te, jakieś powolne. I znowu palcem w ketchup i powieki takie ciężkie… i znów po frytkę, i głowa się kiwa i już prawie bliskie spotkanie ze stołem ta głowa miała, więc wzięłam tą moją Niemającączasuspać N. na kolana, a ta wtuliła się i już spała (raptem po 10 godzinach od momentu obudzenia…). Pierwszy raz usnęła podczas jedzenia, na dworze, na siedząco. Słodko – śmieszny był to widok.

Ot, to tyle a raczej aż tyle soboty. Przeciągnął nas wujo… a jeszcze bardziej miał zamiar to zrobić w niedzielę, ale o tym już jutro.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

" To dla pamięci "

Blog o wspomnieniach

%d blogerów lubi to: